czwartek, 7 października 2010
Literacka nagroda Nobla - Mario Vargas Llosa
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Tak, to dokładnie dzisiaj. W ten wspaniały dzień 7. października na całym świecie mówi się o literaturze. Nie chodzi o to, co ktoś napisał, jakie tematy porusza, ile książek wydał i sprzedał, ani dokładnie, kim naprawdę jest, bo i większość z nas zapamięta tylko, że to ktoś z Peru i tyle. Nie będziemy pamiętać jutro, co napisał, jego biografii i przeżyć. Niewielu z nas potrafi szybko wymienić polskich noblistów. To temat jednodniowy, dla większości mniej ważny, niż sytuacja gospodarcza czy polityczna w kraju. Jest jednak w nim coś wyjątkowego, bo o nim się mówi.
Fot.: www.movil.rtve.es
Ten dzień, powinien być dniem propagowania czytelnictwa na całym świecie, gdyż nawet akcja "Cała Polska czyta dzieciom" nigdy nie miała swoich pięciu minut podczas głównego wydania wiadomości, nigdy nie pojawiła się, jako główna informacja na wielu portalach internetowych. Dlatego też uważam, że samo ogłaszanie zdobywcy nagrody Nobla jest niewystarczające. Powinny razem z nią pokazać się statystyki, a czasem zatrważające statystyki ilości przeczytanych książek przez Polaków w tym roku. Już nie mówię o kupionych, tylko o przeczytanych. Nawet jeśli liczyć codzienne czytanie bajek dzieciom przed zaśnięciem, to i tak tylko szczerze mogę powiedzieć, że telewizja prawie całkowicie wyparła chęć czytania przez dorosłych. Kiedyś widziałam prawie cały tramwaj ludzi z książkami. Dzisiaj widzę częściej ludzi w słuchawkach i telefonami w rękach, co mnie samą często zastanawia. Gdzie się podziała dawna miłość do książek? Może przez to, że kiedyś tak ciężko było je dostać i tyle kosztowały, albo przez to, że część z nich była zakazana? Słowo pisane przetrwało powstanie radia, telewizji, komputera i minie jeszcze dużo czasu, zanim opowieści babci będą mówiły o szeleszczącym papierze.
Mówmy o literaturze, chwalmy naszych pisarzy i kochajmy się w książkach. Nie tylko przez ten jeden dzień w roku.
Antonina Kostrzewa
poniedziałek, 4 października 2010
Samotność w jesienne wieczory?
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Dlaczego od razu w wieczory, skoro można w ten sposób czuć się o każdej porze dnia. To jest całkowicie bez różnicy. Osoba samotna jest nią obojętnie, czy się obudzi, czy kładzie się spać, albo nawet i śpi. To tak, jakby powiedzieć, że ktoś jest zakochany tylko w momencie spotkania się ze swoją drugą połówką. Dopiero, gdy sobie to uświadomimy, dochodzimy do wniosku, że chyba ktoś ma rację mówiąc, że nawet w grupie przyjaciół czuje się odizolowany. Taka to niestety smutna prawda.
Skoro postanowiłam napisać coś nowego w tym miesiącu, więc zapraszam:
Skoro postanowiłam napisać coś nowego w tym miesiącu, więc zapraszam:
Październik powitał nas lekkim oziębieniem klimatu, ale za to w weekend trochę się rozpogodziło i ja także skorzystałam z pewnie ostatnich w tym roku uroków słońca. Nie myśląc dużo wzięłam ze sobą kolejną książkę pod pachę i ruszyłam do znanego wszystkim Wrocławianom Parku Południowego. Rozkoszowałam się spokojnie czytaniem oraz oczywiście podjadaniem, kiedy uświadomiłam sobie, co się dzieje wokół mnie, a dokładniej, kto mnie otacza. I oto ja, siedzę sobie spokojnie na ławeczce, obok mnie jakieś starsze panie podczas popołudniowych pogaduszkach, na ławce obok matka z dzieckiem w wózku i czym bardziej się rozglądałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że tak naprawdę to tylko ja jestem tutaj sama!!
Wszędzie wokół mnie jakieś rodziny, pary (i to nieważne czy młodzi czy starzy, albo zakochani lub nie). Gdy już w końcu zobaczyłam samotnego pana, to okazało się, że ma on ze sobą psa, a po chwili i tak dołączyła się do niego jego znajoma. Może i nie poczułam się źle w tej sytuacji, ale nagle zdałam sobie sprawę, że brakuje tutaj osób samotnych, a dokładniej osób przebywających w pojedynkę, bo każdy z nich może być w głębi duszy samotny. Od razu przestałam się skupiać na książce, tylko coraz bardziej zaczęłam się rozglądać, a później nawet postanowiłam poszukać kogoś samotnego w tej okolicy. Nie jestem żadnym detektywem, ale musiałam się tym zająć. Ruszyłam alejkami rozglądając się wokół. Najpierw spokojnie, później już lekko podenerwowana, bo jakoś nie potrafiłam dostrzec nikogo, kto szedł by tędy samotnie. Nie dałam jednak za wygraną. Wiedziałam, że na pewno kogoś tutaj dostrzegę. Zauważyłam w końcu chłopaka jadącego na rowerze, całkiem samego, więc udało się. Na tym świecie da rady jeszcze dostrzec jeszcze samotne osoby.
Sama sobie coś udowodniłam, co w końcu nie musiało być wcale takie trudne. Jednak w końcu zdałam sobie sprawę, że wcale nie jest tak, jak myślałam. Otóż ten chłopak na rowerze i tak spotykał się dokładnie pod pomnikiem Chopina ze swoją dziewczyną, która była notabene zła na niego za spóźnienie. Wiedziałam, że nie jest jeszcze tak źle i wtedy dostrzegłam JĄ. Szła sama, dosłownie sama. Wzrok wpatrzony w ziemię i tylko kątem oka widziała buty innych osób, które omijała bez podnoszenia głowy. Szła prosto na mnie, wstrzymałam na chwilę oddech, a ona jak nigdy nic mnie ominęła i poszła dalej przed siebie. Nie była smutna, ani jak i niektórzy podejrzewają, nie była niechlujnie ubrana lub jej włosy nie były brudne. Była całkowicie zwyczajna. Wiem oczywiście, że mogłam ją zatrzymać i dowiedzieć się czegoś o niej oraz zdobyć nowe inspiracja do swojej książki, ale.. oczywiście jestem nieśmiała i nie mogłam tego zrobić. Ona odeszła i okazało się, że w całym parku tylko ja zostałam sama...
![]() |
| Fot.: newtovintage |
![]() |
| Fot. www.law.uwo.ca |
Antonina Kostrzewa
poniedziałek, 27 września 2010
Życie - część 37,5 oraz mała niespodzianka
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Oto i ja, samotna gdzieś pośrodku życia. Może i nawet za połową trochę, a może i blisko końca. Tego nigdy nikt nie wie, bo sami nigdy nie wiemy, co się stanie, jak wyjdziemy w domu. W sumie nawet nie musimy z niego wychodzić, by coś złego się wydarzyło, ale nie będę tutaj snuła pesymistycznych myśli. Zawsze 25. września, czyli dokładnie pół roku po urodzinach przychodzi dla mnie moment rozliczeń ostatnich sześciu miesięcy. Nie zadaję sobie zawsze tych samych pytań, bo nigdy nie mam tych samych problemów. I może mogę się pytać siebie, kiedy w końcu wygram jakieś miliony lub kiedy odmieni się mój los, lecz na takie pytania mam za mało czasu, by zbędnie go marnować na niewiele znaczące rozmyślania.
To jest tylko jeden dzień, a dokładnie jeden wieczór, by przemyśleć swoje dotychczasowe działania, więc zastanawiając się trochę bardziej doszłam do wniosku, że ostatnio jedyną rzeczą, którą zrobiłam na plus było wydanie książki. Jakoś z pracą i z życiem towarzyskim mi zbytnio dobrze nie idzie, więc nie mam się też, co nad tym rozczulać. Zaczęła się jesień. Pół lata przesiedziałam w domu, jako bezrobotna poszukująca pracy, a mimo to wyglądając teraz przez okno widzę ten brudny, stary płot. Dokładnie ten, który obiecałam mamie na majówce, że go pomaluję. Teraz on mi także przeszkadza i widząc pogodę za oknem stwierdzam, że chyba w tym roku z nim nie wygram. No może chociaż zrobię pierwszy krok i pójdę, jak ta blondynka do sklepu i dam się naciągnąć na jakąś niepotrzebną farbę antykorozyjną. No cóż, czasami tak musi być.
To jest tylko jeden dzień, a dokładnie jeden wieczór, by przemyśleć swoje dotychczasowe działania, więc zastanawiając się trochę bardziej doszłam do wniosku, że ostatnio jedyną rzeczą, którą zrobiłam na plus było wydanie książki. Jakoś z pracą i z życiem towarzyskim mi zbytnio dobrze nie idzie, więc nie mam się też, co nad tym rozczulać. Zaczęła się jesień. Pół lata przesiedziałam w domu, jako bezrobotna poszukująca pracy, a mimo to wyglądając teraz przez okno widzę ten brudny, stary płot. Dokładnie ten, który obiecałam mamie na majówce, że go pomaluję. Teraz on mi także przeszkadza i widząc pogodę za oknem stwierdzam, że chyba w tym roku z nim nie wygram. No może chociaż zrobię pierwszy krok i pójdę, jak ta blondynka do sklepu i dam się naciągnąć na jakąś niepotrzebną farbę antykorozyjną. No cóż, czasami tak musi być.
Wracając do moich przemyśleń, a wiem, że wiele osób czytających bloga stwierdzi, że czasami za dużo myślę, uważam, że ostatnimi czasy i tak mam mniej czarnych myśli niż zwykle. Nie martwię się niepotrzebnie, nie bujam ciągle w obłokach i nie myślę ciągle o tym, co by było gdyby. Może czasem martwię się o mamę i o Julkę, ale kto by się nie martwił o rodzinę.
Tak, znów skaczę z tematu na temat, ale w końcu jestem stara. Cieszę się z tego, co osiągnęłam przez ostatnie pół roku, chociaż to wszystko to tylko kontynuacja tego, co robiłam wcześniej. W trakcie urodzin jeszcze nie miałam mojej książki w ręce, nie miałam jeszcze fanów na facebooku, a teraz cieszę się, że każdego dnia mogę podzielić się moimi rozterkami na blogu i czasem znajdzie się ktoś, kto to przeczyta, a czasem i skomentuje. Nie uważam, że osiągnęłam wiele, ale każdy dzień udowadnia mi, że warto robić to, co teraz robię. Wiem, że nie osiągnę z tego żadnych dochodów, że będę musiała za niedługo pójść gdzieś sprzątać, bo z nowej pracy mnie wyrzucą za miesiąc pewnie, ale staram się zrobić coś więcej, niż tylko bezczynnie siedzieć w domu. Tak naprawdę dawno nic już nie pisałam konkretnego, a dokładnie nie napisałem nowych linijek w książce. Zawstydzeni cześć druga leży nietknięta, ale jak to się mówi, muszą być kolejne zakręty losu, by wziąć się do pracy i ruszyć do przodu. Mając tyle wolnego nie zrobiłam nic, a dopiero teraz, gdy lista zadań spada mi na głowę ruszam powoli do boju, by skończyć swoje dzieło i powalczyć o wasze dobre słowo, a dokładniej o kilka słów mówiących o tym, że to, co napisałam komuś naprawdę się podoba. Dziękuję wszystkim za to i mam nadzieję, że wspominając kolejne pół roku, będę miała o wiele więcej dobrych rzeczy do opowiedzenia.
A że nie tylko ja przywiązuję znaczenie do dat, tak i Clevera zrobiła mi niespodziankę dokładnie 25. września publikując moją recenzję. Jeszcze jej nie czytałam lekko się obawiając, ale was serdecznie zapraszam na jej bloga:
A że nie tylko ja przywiązuję znaczenie do dat, tak i Clevera zrobiła mi niespodziankę dokładnie 25. września publikując moją recenzję. Jeszcze jej nie czytałam lekko się obawiając, ale was serdecznie zapraszam na jej bloga:
Zdarzało mi się użyć określenia „sierota boża” wobec osób nieprzedsiębiorczych, słabo komunikatywnych, niezdecydowanych wprowadzając ich w zakłopotanie, zawstydzenie. Dla mnie jedną z pokojowych reakcji ludzkich, a dla osób nieśmiałych jedyną możliwą reakcję, nawet w przypadku agresywnie atakujących ich ludzi. Stąd bagatelizowaną, nieszkodliwą, błahą, niegroźną, a nawet śmieszną.
Ale dla kogo?
To pytanie zadałam sobie po przeczytaniu jednego zdania we wstępie, które wprowadziło mnie w osłupienie: W świecie, gdzie Bóg już nie istnieje, a Nasz własny nas nie rozumie, nie można odnaleźć własnego Ja. W tym momencie uświadomiłam sobie, że moje słowa były jak pociski dobijające rannych.
W mroźnym, samotnym świecie widniejącym na okładce, stojąca samotnie postać wśród przytłaczających, szarych pni drzew, ledwo widoczna na ich tle, jak nieśmiali na tle społeczeństwa, dostawali ode mnie śnieżkami prosto w twarz. A ja myślałam, że to zabawa. Ja. Oni walczyli naprawdę, na serio, o siebie. Za nieśmiałym uśmiechem, delikatnym wycofaniem, umilknięciem (o ile w ogóle się odezwali), chłodnym dystansem, szklaną barierą nieprzystępności, niezrozumiałym zachowaniem, niewspółmierną reakcją do czynnika ją wywołującą, krył się świat, o którym nie wiedziałam nic. Nie wiedziałam, że w ogóle istnieje taki świat. Bardzo niebezpieczny dla jego właścicieli, w którym schizofreniczny sposób balansowania między własnym wnętrzem, a rzeczywistością zewnętrzną to sposób na życie. Na funkcjonowanie w społeczeństwie na miarę własnych możliwości i sił psychicznych. Teraz wiem, że im tego nie ułatwiałam, że postaci klinicznych nieśmiałości może być tyle ile osób nią dotkniętych, że przyczyn ją wywołujących jest wiele i tyleż samo stopni jej natężenia, że jej objawy i charakterystyczne zachowania tylko dla mnie mogą być „dziwne” (jak ja nie lubię tego określenia), a dla nich są wynikiem wewnętrznej walki z samym sobą i całym otoczeniem. Walki o istnienie, o prawo do kawałka łóżka, w którym czuli się najbezpieczniej i z którego tylko z konieczności wychodzili do społecznej dżungli, w której każdy dzień był dla nich lekcją przeżycia. Byli tacy, którzy nie wracali. Nie wytrzymując presji otoczenia, wybierali śmierć. Boję się myśleć ilu takich było, gdzie moje słowa mogły być tą kroplą w przelanym kielichu...
Zacznę od końca, od historii Sławka opowiedzianej w Samotnym w wielkim bólu, dla mnie częściej spotykanej, bardziej prawdopodobnej, obserwowanej na co dzień. Mężczyzny samotnie wychowującego córkę. Jak to możliwe, że nieśmiały, skryty w sobie życiowy nieudacznik znajduje sobie piękną kobietę, która go akceptuje i rodzi mu dziecko? Możliwe, jeśli to ona była tą zdobywającą , odważną, komunikatywną, biorącą sobie za punkt honoru przełamanie aspołeczności obiektu pożądania. Zdobywając go, w konsekwencji obarczyła obowiązkiem, który dla Sławka stał się życiowym wyzwaniem. Sposób pokonywania pojawiających się problemów, radzenia sobie z nową sytuacją, rozwiązywanie zadań stawianych przez życie z chorą (jak się później okazało) Kasią, z punktu widzenia osoby, która sama ma problemy z osiąganiem równowagi psychicznej, odkrywało przede mną nie tylko nieznaną dotąd wiedzę na temat funkcjonowania takich osób w rodzinie, w pracy, wśród znajomych, ale i ich punkt widzenia, postrzegania. Niestety emocje (bardzo silne zresztą), towarzyszące walce z chorobą nowotworową Kasi w czasie ciąży i walce o urodzenie dziecka, pochłonęły prawie całkowicie moją uwagę. Zgubiłam w tych traumatycznych wydarzeniach osobę Sławka, odsuniętego w cień, zepchniętego na dalszy plan, będącą przecież w zamierzeniach główną postacią tej opowieści.
Druga historia (w książce jako pierwsza) Samotna w wielkim mieście opowiada o kobiecie i mężczyźnie, których nieśmiałość to ciężkie zaburzenie psychiczne, mające swoje podłoże w uszkodzonym DNA. Kiedy nieśmiałość nie jest taką zwykłą nieśmiałością, nieutrudniającą normalnego życia, ale posiadającą wiele cech Syndromu Aspergera, a tym samym autyzmu. Dwa skrajne przypadki prowadzące do depresji i samobójstwa.
Moje poczucie nieprawdopodobności istnienia takich ludzi autorka zneutralizowała nadaniem bohaterom azjatyckich imion i nazwisk, które wespół z niestandardowością zachowań, rozchwianymi myślami, niezdecydowaniem bohaterów, zaskakującymi decyzjami, nieprzewidywalnością reakcji, wprowadziła mnie w nastrój tak dobrze znany mi z książek Haruki Murakamiego, mimo braku elementów metafizycznych. Wszystko było twardą, ostrą, racjonalną, bolesną rzeczywistością. Czułam bezsilność i psychiczne cierpienie przede wszystkim bohaterki Yoshiko, opowiedziane w formie narracji obserwatora jej zachowań, przerywanej wtrąceniami bezpośredniego głosu dziewczyny wyróżnionego kursywą. Przeplatanie się mojego widzenia (utożsamiałam się z narratorem), osoby przyglądającej się z boku, ze światem dziewczyny bezpośrednio wyjaśniającej lub opisującej własne emocje, pozwalało mi na konfrontację obu naszych tak różnych światów emocji, poglądów, spojrzeń i pryzmatów. Niestety również i tutaj autorka nie była konsekwentna w pierwotnych założeniach. Z czasem pozwoliła na całkowite oddanie głosu bohaterce, zamieniając naprzemienność wypowiedzi w monolog, w którym każde zdanie było bardzo ważne, a wyróżnianie niektórych kursywą stało się zbędne. Niczego nie wnosiło ani w treść, ani w formę. Stało się całkowicie niepotrzebne.
Te trzy różne spojrzenia na tak powszechną cechę ludzkiego charakteru - nieśmiałość, a jednocześnie, jak się przekonałam, najmniej mi znaną, uświadomiły mi jedno: są wokół mnie osoby zniewolone nieśmiałością, która dla mnie była do tej pory niewinną, człowieczą cechą, a dla ich posiadacza oprawcą budującym klatkę samotności dla swojej ofiary, a czasem katem wykonującym wyrok.
To ja się teraz wstydzę za słowa, do których przyznałam się na początku, ale tą nieśmiałością konstruktywną, zmieniającą moje o niej pojęcie, ale nie będącą dla mnie problemem.
Na szczęście.
Autorka w tematycznej konsekwencji ukryła nawet własną twarz widniejącą na tylnej okładce. Prowadzi również blog o osobach samotnych z powodu swojej nieśmiałości Samotna w wielkim mieście oraz pisze felietony w portalu Czytadełko.
Autorka: Clevera
Antonina Kostrzewa





